Pasta wybielająca – opinie po mojej długiej walce, która nic nie dała

Jakiś czas wygrałam casting na prezenterkę telewizji regionalnej. Wiadomo, że od takich ludzi wymaga się nienagannej prezencji, dykcji oraz białego uśmiechu. O ile z prezencją i dykcją nie mam problemu, z bielą uśmiechu jest już problem. Odkąd pamiętam, zawsze przy uśmiechaniu zakrywałam delikatnie twarz dłonią, aby nikt nie zobaczył moich pożółkłych zębów. Ten problem towarzyszył mi od dzieciństwa. Mama była ze mną w różnych gabinetach stomatologicznych w nadziei, że uda się zaradzić temu problemowi. Próbowałam wszystkiego co było na rynku, a także metod domowych, np. w postaci płukanek ziołowych. Wszystko na nic. Z chwilą, gdy padła żelazna kurtyna i zachodnie kosmetyki do pielęgnacji zębów stały się dostępne na wyciągnięcie ręki, niemalże rzuciłam się na markowe pasty wybielające. Stosowałam właściwie wszystko, co tylko było możliwe. W grę wchodziły pasty z granulkami, pasty bez granulek, z ekstraktami ziołowymi, kremowe, gęste, w formie żelu. Nie zliczę już tych wszystkich specyfików.

“Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda…”

Tak zaczynała się jedna z popularnych piosenek dla dzieci, propagująca codzienne szczotkowanie zębów. Ja też ją sobie nuciłam w trudnych chwilach, gdy okazywało się, że szczotkowanie przynosi rozwiązanie jedynie na chwilę. Przetestowałam wszystkie smaki past wybielających. Tubki kończyły się w zastraszającym tempie, a ja oczywiście traciłam kasę na następne ich partie. Zaczynałam stopniowo od tańszych past wybielających, a jak na rynek wchodziło coś nowego i kosztowniejszego, to diametralnie zmieniałam kurs. Skoro coś dużo kosztuje, to chyba oznacza, że jest skuteczne? Teraz, po latach już wiem, że tylko naiwniacy tak myślą. Potrzebna była nie pasta wybielająca, ale określony środek o dłuższym działaniu i konkretniejszej formie stosowania, żeby zęby mogły wchłaniać substancję wybielającą przez długi czas, a nie tylko przez statystyczne dziesięć minut, gdy nad umywalką je szczotkujemy. Wtedy jednak preparaty na czyszczenie zębów, stosowane razem z wkładkami UV nie były jeszcze popularne. Na zastosowanie musiałam poczekać jeszcze kilka lat, właściwie do końca lat dziewięćdziesiątych.

Hello White przystępuję do dzieła!

Nowe możliwości zawodowe sprawiły, że nie mogłam popsuć sobie drogi do robienia kariery przez własne zęby. Zestaw Hello White poleciła mi dziewczyna z telewizji, także prezenterka, pracująca na etacie krótko przede mną. Okazało się, że ona także zmagała się z problemami podobnymi do moich. Byłam zdziwiona jej poradami, bo powszechnie wydaje się, że w tym środowisku panuje ogromna zazdrość i zawiść. Zawsze będę jej wdzięczna, że poleciła mi Hello White. Z chwilą jego użycia skończyły się wszystkie moje problemy związane ze zbyt żółtymi zębami. Na wizji mogę uśmiechać się do widzów, nie krępuję się sytuacji zabawnych, gdy zaproszeni goście w studio powiedzą coś śmiesznego. Można się głośno roześmiać i nie bać się, że żółte zęby zniechęcą do mnie ludzi po drugiej stronie odbiornika. Czuję się wyśmienicie z moim odświeżonym uśmiechem i marzę o tym, aby utrzymać go możliwie jak najdłużej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *